wtorek, 18 października 2011
17.
Leżała na schodach wygięta jak dziecko po drastycznych torturach doktora Mengele. Chude ciało ciężkie od bezwstydu chwytało za serce tylko mnie. Przechodzący tłum to jeden rytm miasta, chlusnął bełtem i papierosowym dymem niedaleko kościoła garnizonowego. Prosto na nią i jej pokaleczone kolana. Eskimosi mają tak skośne oczy, by chować łzy w tą osobliwą kieszeń. Jeden z nich stał z harpunem i pokazywał, żeby nabić ją wyżej. Poleciała, wysoko aż zapadał śnieg, zaszumiał wiatr. Miała na imię Maria. Na rękach bransoletek dziesięć. Nie płacz.
piątek, 5 grudnia 2008
16.
„Jama” to było jedno z takich miejsc, gdzie mieszają się historia z prawdą.
Tam jęczeli pomordowani i wyrzucano kolejny kubeł świeżych śmieci.
W tej niecce za boiskiem często paliliśmy ogniska, wrzucając puszki po dezodorantach. Pod wpływem temperatury rozstrzeliwały się we wszystkich kierunkach świata jak pąki na wiosnę. Ostre krawędzie metalu nieraz kaleczyły palce. Ssało się je z przyjemnością, którą odczuwa żołnierz na wojnie, żywy ale ranny po udanej akcji. Nikt nie zapuszczał się do jamy sam. Nie wiadomo dlaczego panowało przeświadczenie, że to wiejskie śmietnisko może być zwiastunem nagłej śmierci któregoś z nas. Niedaleko tego miejsca była opuszczona piwnica. Mieszkały tam hordy nietoperzy. Śniły się po nocach połowie małych dzieci, które wciąż bały się ich drobnych, czarnych, ruchliwych ciał. Ruszająca się ściana z tych małych zwierząt nie przerażała tylko starszych chłopaków. Zabierali tam przestraszone dziewczyny, które dawały się im obłapiać. Przyzwyczajone do ciemności, same wczepiały paznokcie w zaczyn mięśni ich pleców. Widziałam jak potem wychodziły zapłakane ale z uczuciem ulgi na twarzy. Nie mówiły nic, wracały do domów.
Raz umówiliśmy się wszyscy, że przekopiemy jamę. Szpadlami, saperkami przerzucaliśmy ziemię w skupieniu i nadziei na odnalezienie św. Graala.
Żelazo trafiło na niewypał. Śmierć skosiła Pawła wtedy, gdy jego matka
w domu na końcu wioski zagniatała ciasto.
Tam jęczeli pomordowani i wyrzucano kolejny kubeł świeżych śmieci.
W tej niecce za boiskiem często paliliśmy ogniska, wrzucając puszki po dezodorantach. Pod wpływem temperatury rozstrzeliwały się we wszystkich kierunkach świata jak pąki na wiosnę. Ostre krawędzie metalu nieraz kaleczyły palce. Ssało się je z przyjemnością, którą odczuwa żołnierz na wojnie, żywy ale ranny po udanej akcji. Nikt nie zapuszczał się do jamy sam. Nie wiadomo dlaczego panowało przeświadczenie, że to wiejskie śmietnisko może być zwiastunem nagłej śmierci któregoś z nas. Niedaleko tego miejsca była opuszczona piwnica. Mieszkały tam hordy nietoperzy. Śniły się po nocach połowie małych dzieci, które wciąż bały się ich drobnych, czarnych, ruchliwych ciał. Ruszająca się ściana z tych małych zwierząt nie przerażała tylko starszych chłopaków. Zabierali tam przestraszone dziewczyny, które dawały się im obłapiać. Przyzwyczajone do ciemności, same wczepiały paznokcie w zaczyn mięśni ich pleców. Widziałam jak potem wychodziły zapłakane ale z uczuciem ulgi na twarzy. Nie mówiły nic, wracały do domów.
Raz umówiliśmy się wszyscy, że przekopiemy jamę. Szpadlami, saperkami przerzucaliśmy ziemię w skupieniu i nadziei na odnalezienie św. Graala.
Żelazo trafiło na niewypał. Śmierć skosiła Pawła wtedy, gdy jego matka
w domu na końcu wioski zagniatała ciasto.
wtorek, 2 grudnia 2008
15.
Na każdej stacji benzynowej uświadamiam sobie jedno. Pełne uzależnienie od zapachu etyliny 95, 98. Kręci w nosie żeliwnym zapachem, wchodzi w płuca, po 5 minutach intensywnego oczekiwania na odjazd jestem w dziewiątym niebie, potem spadam na kolejne kręgi, aż do poziomu piekła. Jedziemy samochodem, co jakiś czas słychać przyspieszone obroty silnika. Przedmieścia, gdzie wzorowi obywatele tęsknią za nową dawką czasu, tak by wciągnąć i znów dopełnić obowiązków pracoholika. Park, gdzie lubieżnie ktoś się obściskuje i doznaje rozkoszy na świeżo-malowanej ławce z napisem „nie – dotykać”. Przystanek, gdzie schował się zalany do nieprzytomności menel, obżarty bogatymi resztkami z kontenerów na śmieci. A my mieszkamy w dzielnicy gniewnej i leniwej, gdzie się bluźni i co jakiś czas, ktoś skacze z okna. Parkujemy na zadupiu, gdzie nie błyska żadne z okien, wtedy wyostrza nam się wzrok i zaczynamy widzieć swoje kontury.
niedziela, 30 listopada 2008
14.
Za każdym razem, kiedy ją spotykała doznawała kretyńskiego otumanienia.
Ponieważ ją znalazła, nie wiedziała co dalej robić ze swoim wzrokiem, który odnalazł cel i nie miał już więcej nic do roboty. Teraz najchętniej doznałaby jakiegoś wstrząsu, który obudziłby ją z odrętwienia. Marzyła o tym, żeby ktoś zepchnął ją ze skały, z autostrady lub wciągnął pod dużym ciśnieniem do pudełka. Tak określiłaby swoje ramy i granice, które nadałyby nowy kształt jej życiu.
Ponieważ ją znalazła, nie wiedziała co dalej robić ze swoim wzrokiem, który odnalazł cel i nie miał już więcej nic do roboty. Teraz najchętniej doznałaby jakiegoś wstrząsu, który obudziłby ją z odrętwienia. Marzyła o tym, żeby ktoś zepchnął ją ze skały, z autostrady lub wciągnął pod dużym ciśnieniem do pudełka. Tak określiłaby swoje ramy i granice, które nadałyby nowy kształt jej życiu.
piątek, 28 listopada 2008
13.
Dała nam dotknąć swojej nogi. A my w onieśmieleniu przed białością jej małej łydki upadliśmy na kolana w zachwycie. Działo się to w domku zaszytym w lesie i śpiącym, gdzie zapach ściółki został przez nas tak dobrze zapamiętany. W Czasie Wielkiej Samotności, pochylał się nad nami zielony i szumiący cień, a chmury darły do przodu, wchłaniając jak gąbki kolejne minuty. Bombardowano nas smsami, strzałami o najdziwniejszych porach dnia i nocy. Myszy, nasi zwiadowcy nie przynosiły dobrych wieści. Ich szare futro pozlepiane muśnięciami traw nosiło odznaki z kropel rosy.
Zbliżały się do nas, przykucając w końcu na naszych ramionach. Piszczały cicho do ucha - nie wychodzić, nie wychodzić.
Zbliżały się do nas, przykucając w końcu na naszych ramionach. Piszczały cicho do ucha - nie wychodzić, nie wychodzić.
poniedziałek, 24 listopada 2008
12.
Wioska była mała i głucha jak staruszka, która marszczyła się do mnie w bezzębnym uśmiechu. Wjechałam z wielkim impetem w podwórko, pod stopą nie odnalazłam jednak hamulca. Rozbiłam stodołę, jej drewniane sztachety wyleciały pod samo niebo i były już tylko cichym, bardzo odległym samolotem który jest już tylko linią swojej trasy. Cegły zostawiły pajęczyny na szybie, nie mogłam się zatrzymać , zabrałam na dach starą komodę, wystawioną do porąbania na opał. Misternie poukładane bale słomy rozstąpiły się przede mną i znalazłam się w zarośniętym ogrodzie, o którego istnieniu zupełnie nie miałam pojęcia. Pod krzakiem agrestu siedziała mała dziewczynka w czapce z daszkiem zbierając owoce do pudełka po margarynie. To byłam ja. Mignęło mi to dziecko i uderzyłam w gruszę Maryśki. Oberwanie chmury i zatrzęsienie pękatych od soku gruszek na szybie i karoserii. Dopiero wtedy mnie zobaczyła. Byłam nieprzytomna, a ona biegła do mnie jak najszybciej potrafiła. Nie krzyczała, widziała mnie sokolim wzrokiem, miała w oczach tysięczną moc przybliżania rzeczy i świadomości. Tylko dlatego nie pozwoliła mi odejść. Złapałam ją za chudą dłoń, kiedy wkładała w moje usta kolejne kuleczki agrestu.
piątek, 21 listopada 2008
11.
Żywotna złośliwość pozornie martwych rzeczy objawiła mi się wirusem krążącym pośród kolejnych logowań w okolicach popołudniowych. Wysyłałam smsa do orange i dostałam hasło weryfikacji: cipka. Popatrzyłam na wyraz raz jeszcze, wpisałam kolejne litery z lekkim niedowierzaniem. Wyświetlacz zamrugał do mnie, przeczytałam odpowiedź. Kiedy odsyłałam drugiego smsa z poziomu strony czekałam na hasło weryfikacji: mentalna. Mentalna cipka. How nice.
Subskrybuj:
Posty (Atom)