„Jama” to było jedno z takich miejsc, gdzie mieszają się historia z prawdą.
Tam jęczeli pomordowani i wyrzucano kolejny kubeł świeżych śmieci.
W tej niecce za boiskiem często paliliśmy ogniska, wrzucając puszki po dezodorantach. Pod wpływem temperatury rozstrzeliwały się we wszystkich kierunkach świata jak pąki na wiosnę. Ostre krawędzie metalu nieraz kaleczyły palce. Ssało się je z przyjemnością, którą odczuwa żołnierz na wojnie, żywy ale ranny po udanej akcji. Nikt nie zapuszczał się do jamy sam. Nie wiadomo dlaczego panowało przeświadczenie, że to wiejskie śmietnisko może być zwiastunem nagłej śmierci któregoś z nas. Niedaleko tego miejsca była opuszczona piwnica. Mieszkały tam hordy nietoperzy. Śniły się po nocach połowie małych dzieci, które wciąż bały się ich drobnych, czarnych, ruchliwych ciał. Ruszająca się ściana z tych małych zwierząt nie przerażała tylko starszych chłopaków. Zabierali tam przestraszone dziewczyny, które dawały się im obłapiać. Przyzwyczajone do ciemności, same wczepiały paznokcie w zaczyn mięśni ich pleców. Widziałam jak potem wychodziły zapłakane ale z uczuciem ulgi na twarzy. Nie mówiły nic, wracały do domów.
Raz umówiliśmy się wszyscy, że przekopiemy jamę. Szpadlami, saperkami przerzucaliśmy ziemię w skupieniu i nadziei na odnalezienie św. Graala.
Żelazo trafiło na niewypał. Śmierć skosiła Pawła wtedy, gdy jego matka
w domu na końcu wioski zagniatała ciasto.
piątek, 5 grudnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz