wtorek, 18 października 2011
17.
Leżała na schodach wygięta jak dziecko po drastycznych torturach doktora Mengele. Chude ciało ciężkie od bezwstydu chwytało za serce tylko mnie. Przechodzący tłum to jeden rytm miasta, chlusnął bełtem i papierosowym dymem niedaleko kościoła garnizonowego. Prosto na nią i jej pokaleczone kolana. Eskimosi mają tak skośne oczy, by chować łzy w tą osobliwą kieszeń. Jeden z nich stał z harpunem i pokazywał, żeby nabić ją wyżej. Poleciała, wysoko aż zapadał śnieg, zaszumiał wiatr. Miała na imię Maria. Na rękach bransoletek dziesięć. Nie płacz.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz