poniedziałek, 24 listopada 2008
12.
Wioska była mała i głucha jak staruszka, która marszczyła się do mnie w bezzębnym uśmiechu. Wjechałam z wielkim impetem w podwórko, pod stopą nie odnalazłam jednak hamulca. Rozbiłam stodołę, jej drewniane sztachety wyleciały pod samo niebo i były już tylko cichym, bardzo odległym samolotem który jest już tylko linią swojej trasy. Cegły zostawiły pajęczyny na szybie, nie mogłam się zatrzymać , zabrałam na dach starą komodę, wystawioną do porąbania na opał. Misternie poukładane bale słomy rozstąpiły się przede mną i znalazłam się w zarośniętym ogrodzie, o którego istnieniu zupełnie nie miałam pojęcia. Pod krzakiem agrestu siedziała mała dziewczynka w czapce z daszkiem zbierając owoce do pudełka po margarynie. To byłam ja. Mignęło mi to dziecko i uderzyłam w gruszę Maryśki. Oberwanie chmury i zatrzęsienie pękatych od soku gruszek na szybie i karoserii. Dopiero wtedy mnie zobaczyła. Byłam nieprzytomna, a ona biegła do mnie jak najszybciej potrafiła. Nie krzyczała, widziała mnie sokolim wzrokiem, miała w oczach tysięczną moc przybliżania rzeczy i świadomości. Tylko dlatego nie pozwoliła mi odejść. Złapałam ją za chudą dłoń, kiedy wkładała w moje usta kolejne kuleczki agrestu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz