Pe był idiotą doskonałym. Może to przez ten absolut potrafił zauroczyć sobą niejedną kobietę, nigdy nie mogłam tego zrozumieć. Historia lubi się powtarzać, zapomina o swoich wcześniejszych dramatycznych porażkach, żeby produkować formalnie nowe. Zupełnie nieświadomie Pe był również historią. Przy jakimś jazzowej nasiadówce w klubie wstąpił do nas ze swoją nową dziewczyną.
Nie wiem, którą z kolei laską była A. ale wiedziałam, że będę musiała się nią zająć.
Rola akuszerki partnerek idioty – wcale nie była mi na rękę. Przyznam jednak, że wzbudzały we mnie pewien rodzaj litości i nie mogłam ich po prostu zostawić samym sobie. Zaczynało się zawsze tak samo. Mniej więcej tak:
- Lubię artystów, nie są sprzedajni. Przynajmniej oni nie boją się słowa „dusza”.
- Ale A. co Ty pieprzysz, artyści? Jacy artyści, w ogóle to fleje, swoje smarki by zjedli, gdyby ktoś im za to zapłacił. A Dusza? Człowiek to raczej biologia, to jedzenie, oddychanie, wydalanie, nic poza tym.
- Ostatnio byliśmy w górach, po zdobyciu szczytu widok był niesamowity. Czułam się taka mała i bezsilna wobec ogromu natury.
-E tam, byliśmy na Czerwonych Wierchach, nic specjalnego, zimno w tyłek i aparat mi nawalił, także zero zdjęć. A. to by tylko rozmyślała heheh jak filozof, potem zaczęło padać, ee kicha.
Potem mnie nagle niby przyciskał pęcherz i kobiecym zwyczajem pytałam czy ktoś nie idzie do ubikacji. W każdym przypadku było identycznie, tym razem A. podniosła się i spojrzała na mnie jak na wybawcę. Wychodziłyśmy, a potem jeszcze na chwile na zewnątrz, żeby się dotlenić przy papierosie i inaczej sobie spojrzeć w oczy.
czwartek, 13 listopada 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz