Ich pies miał na imię Pele, bo dobrze biegał za piłką. Całe osiedle nie mogło nadziwić się temu rzadkiemu talentowi zamkniętemu w czterech łapach i mokrym nosie. Jednak, w dziesiątym roku swojego zwierzęcego życia uderzył zbyt mocno i wysoko. Piłka rozbiła okno na parterze. Inwalida, który tam mieszkał z nienawiści wstał z wózka i dorwał Pelego. Pies skamlał, mężczyzna o niezwykle silnych dłoniach lekko wygiętych w uśmiechu reumatycznym wbijał się i zaciskał jak szpony drapieżnego ptaka na martwym zającu. Rozdrapywał go w końcu. Pele jeszcze przez chwile był ciepły i lepki od życia.
Po drugiej stronie ulicy, na mokrym asfalcie chodziła w tą i z powrotem mała dziewczynka, bawiąc się w szpital. Na liściach wpisywała nowe leki dla swoich pacjentów, leżących na ziemi. Stąpała delikatnie, żeby ich nie obudzić.
Czasami jednak, to nic nie dawało, bo ktoś tratował ich zupełnie niechcący. Spieszył się do sklepu, więc przebiegał przez trawnik nadeptując im na dłonie. Tak psuła się cała harmonia i rytuał leczenia już się nie liczył. Trzeba było więc od nowa i od nowa. Za każdym razem. Dopiero teraz zauważyła czerwoną farbę, która czuła się na tyle wolna, żeby anektować pomału całą dzielnicę. Pele zdobywał pamięć każdego zakamarka i każdej cząstki dziecka, które go zobaczyło.
Kawałek szyby wbijał się w piłkę, powietrze uchodziło powoli. Kształt świata tylko na chwilę się zmienił.
wtorek, 11 listopada 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz